Blog > Komentarze do wpisu
Rodzinne, rzymskie poświęta
Perugia na okres świąteczny zupełnie się wyludniła.. tylko wiatr huczał w pustych uliczkach, a z nieba siąpił deszczyk. 24.12.2011 na dworze panowało przeraźliwe 10 stopni, na plusie, a sycylijscy znajomi cieszyli się słoneczkiem zastanym w domu. Święta! Wigilia!
W każdym razie da się przeżyć święta bez najbliższych, zwłaszcza gdy się jest w posiadaniu Internetu i skype’a – można nawet zobaczyć jakie prezenty dostaje rodzinka. Dzięki temu, oraz popijanemu barszczykowi, czułam się, jakbym spędzała ten czas w Polsce – nie ma to jak siła perswazji. A poza tym, co ważniejsze, cieszyłam się na zbliżającą się wielkimi krokami wyprawę do Rzymu.
Wigilia we Włoszech


27.12, po blisko dwudziestoczterogodzinnej podróży samochodem, przybyła trójka przedstawicieli rodziny – Paulina z rodzicami. I tak oto, po wypiciu kawy i posileniu się torta al testo (w końcu zakupiłam odpowiednia naczynie do przygotowania) ze szpinakiem, ruszyliśmy do miasta-muzeum. Tu się rozłączyliśmy – wujkowie zamieszkali w domu gościnnym Appia Guesthouse, dość blisko centrum – my u Francesca, mojego wcześniejszego wybawiciela. Choć daleko od centrum, to nijak nam to nie przeszkadzało. Francesco w tym okresie nie pracował, więc oprócz wygodnej kanapy, mógł i chciał nam codziennie towarzyszyć w zwiedzaniu, dzieląc się z nami swoją wiedzą i ciekawostkami o mieście. A ja w międzyczasie robiłam za tłumacza. Zaczyna mi się podobać to zajęcie – może minęłam się z powołaniem?;)

Pierwszy dzień poświęciliśmy na rzymski Rzym – czyli esencję miasta. Pomimo że nie wchodziliśmy do środka żadnego zabytku, spacer zajął nam dokładnie cały dzień. Pomiędzy historyczną ulicą Appia Antica, Koloseum, Foro Romano, kolumną Trajana, Piazza Navona, Fontanną Trevi, Fontanną 4 Rzek (moja ulubiona!), Schodami Hiszpańskimi (no i kto wie czemu się tak nazywają?), Panteonen, milionem innych miejsc, których nazw nie pamiętam, paninoteki, w której serwują pyszne kanapki chodziliśmy na własnych stópkach. Po jakimś czasie już wszyscy odczuwali zmęczenie.. a nam już nie chciało się robić obiecanych Francesco pierogów.. A więc nastąpiła zmiana planów – zostali przyjaciele Francesca, a nasz gospodarz przygotował przepyszne pasta alla carbonara. Do tego doskonałe wino, sery i prawdziwie włoskie przysmaki mięsne. Nie ma to jak prawdziwa włoska kolacja.. A na koniec.. Ptasie Mleczko – a co, musiał być jakiś polski akcent!

 

No i kto wie jaka jest prawdziwa historia wilczycy?:>


Drugi dzień został przeznaczony na Watykan. Jak udało nam się dotrzeć na miejsce (magiczne poszukiwanie miejsca parkingowego), to okazało się, że i tak wyprzedziliśmy największe tłumy. Tak więc w spokojnej atmosferze zwiedziliśmy Bazylikę oraz zobaczyliśmy groby papieży. Mieliśmy okazję też oglądać Benedykta XVI, ale tylko na telebimie, gdy przyjmował na audiencji ogromną grupę młodzieży. Pomimo zapewnień policji watykańskiej, papież na żywo o 12 się nie pojawił, więc ruszyliśmy w kierunku muzeów watykańskich. Tym razem największe tłumy prześcignęły nas.. kolejka do wejścia się ciągnęła i ciągnęła, a my twardo staliśmy i staliśmy. I się dostaliśmy. Zmierzając do osławionej kaplicy sykstyńskiej, zwiedziliśmy wszystkie pozostałe zbiory udostępnione turystom. Doprawdy imponująca kolekcja, o czym świadczy czas, jaki tam spędziliśmy – wyszliśmy z muzeów ok. 18, i żeby nie było – nie kontemplowaliśmy nad sztuką w kaplicy sykstyńskiej przez 4 godziny. Wygłodniali, i znów niechętni do lepienia pierogów, ruszyliśmy samochodem w stronę rekomendowanej przez Francesca pizzerii. Jednak, ponieważ włosi otwierają restauracje na kolacje w okolicach 19, Francesco postanowił wydłużyć nieco trasę przejazdu, pokazując nam jeszcze inne ciekawe miejsca w mieście. Takie zwiedzanie na siedząco ma jednak swoje zalety po całym dniu dreptania. Przystawki – m.in. kwiat cukinii – i pizza (rzymska, nie neapolitańska – kto zna różnicę?) były oczywiście pyszne. Gdy się rozstaliśmy, Francesco postanowił jeszcze dogodzić sobie i nam najlepszym tiramisu w Rzymie.. i rzeczywiście nas porwało! Mmm..

 

Watykan od świtu do nocy

Ostatni dzień postanowiliśmy spędzić oddzielnie – wujkowie przy pomocy samochodu oglądali widoki na miasto, a my z Pauliną ponownie przy pomocy stópek je przemierzałyśmy, zjadając na obiad dwie porcje gelati oraz ukradzione z drzewka mandarynki (kto wiedział, że owoce cytrusowe to rośliny zimowe?!). Zakupiłyśmy pamiątki dla bliskich Pauliny oraz w końcu udało nam się zobaczyć Mojżesza, pracę Michała Anioła. Cieplutki dzień zakończył się zimnym wieczorem oraz pożegnaniem z Rzymem. Nigdy nie sądziłam, że będzie mi smutno, gdy będę wyjeżdżała z takiego miasta.. a jednak! Chyba głównie za sprawą Francesca, który ponownie okazał się nieoceniony. Jeśli wszyscy rzymianie są tacy, to ja chcę tam zostać na zawsze! Po krótkim przemyśleniu, doszliśmy do wniosku, że Sylwester może być ciekawszy we Florencji niż w Perugii. Dlatego po zapoznawczym spacerze po miasteczku, ruszyliśmy w stronę stolicy Toskanii. Noc była zimna, ulice i restauracje pełne ludzi, ale i tak było sympatycznie. No bo w końcu to Florencja, i w końcu mamy Nowy Rok!

 

Troszkę Perugii i Florencji na koniec


I tak oto rodzinka opuściła mnie w pierwszym dniu nowego roku, a ja wzięłam się za naukę..

Buon anno 2011!

sobota, 08 stycznia 2011, mmiszka87